Kurs na czeladnika juhasa ma nie tylko przygotować kandydata do pracy ale położyć fundament do pełnienia w przyszłości roli bacy. W tym celu przewidziano aż 42 godz. teorii i co jest
fot. końcu mamy wakacje! To chyba wystarczający pretekst, by choć na chwilę - w myśl puenty znanego dowcipu - rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Krótka 3-dniowa wycieczka pozwoli dostatecznie naładować akumulatory i nabrać energii. Otaczająca zewsząd zieleń, górskie szczyty, rwące potoki... Sprawdźcie naszą propozycję na wakacyjny wyjazd właśnie w Bieszczady! Dzień 1 Takiej wycieczki nie można by zacząć od innego miejsca niż Sanok, czyli miasta, które nazywane jest bramą Bieszczad. Ta licząca niespełna 40 tysięcy mieszkańców, położona w kotlinie miejscowość, odkrywa przed odwiedzającymi jedne z najciekawszych atrakcji regionu, które jednocześnie przybliżają jego historię. Sanok – Muzeum Budownictwa Ludowego Jednym z takich miejsc jest Muzeum Budownictwa Ludowego – skansen z Galicyjskim Rynkiem, w obrębie którego znajdują się przykłady urbanizacji miasteczek występujących na terenie 13 podkarpackich miejscowości, m. in. repliki domów z Dębowca, Jaślisk, Sanoka, Jaćmierza, Niebylca, Jędlicza, Birczy, Rybotycz, Sokołowa, Brzozowa i Starej Wsi, a także tradycyjne obiekty z Ustrzyk Dolnych, w tym dom żydowski i remiza z Golcowej. W 2012 roku Galicyjski Rynek został nagrodzony godłem „Produkt Roku Ziemi Sanockiej”. [Dowiedz się więcej>>] fot. Zagórz – Droga Krzyżowa Jedną z miejscowości, która konkuruje z Sanokiem o tytuł bramy Bieszczad, jest niewielki Zagórz – miasteczko położone w dolinie Osławy, na północny wschód od Sanoka. Od 2012 roku jedną z atrakcji Zagórza jest Droga Krzyżowa artystów bieszczadzkich, która mieści się w połowie drogi łączącej Sanktuarium Matki Nowego Życia z ruinami Klasztoru Karmelitów Bosych na górze Marymont. [Dowiedz się więcej>>] Myczkowce – Centrum Ekumeniczne Na północny wschód od Zagórza natomiast mieszczą się Myczkowce, które mogą poszczycić się własnym parkiem miniatur. I to wyjątkowym! W Centrum Ekumenicznym w Myczkowcach na dziesięciu wzgórzach znajduje się 140 makiet w skali 1:25, które przedstawiają najstarsze drewniane kościoły oraz cerkwie prawosławne i greckokatolickie z terenów południowo-wschodniej Polski, Słowacji i Ukrainy. [Dowiedz się więcej>>] Dzień 2 Mała i wielka pętla bieszczadzka Mała pętla bieszczadzka to potoczna nazwa samochodowej i rowerowej trasy turystycznej w Bieszczadach i Górach Sanocko-Turczańskich. Droga, której długość wynosi 99 kilometrów, przebiega przez Ciśniańsko-Wetliński Park Krajobrazowy, Park Krajobrazowy Doliny Sanu i Park Krajobrazowy Gór Słonnych. To idealna trasa na wycieczkę objazdową. Na wielu jej odcinkach można podziwiać piękne widoki na góry, a w miejscowościach na trasie zwiedzić interesujące zabytki i atrakcje turystyczne. Mała pętla bieszczadzka częściowo pokrywa się z wielką pętlą bieszczadzką, której długość wynosi 144 kilometry. Jeśli dysponujemy odpowiednią ilością czasu, warto rozpatrzyć również ten pomysł na wycieczkę objazdową. WIelka pętla bieszczadzka biegnie przez Hoczew, Baligród, Cisną, Wetlinę, Lutowiska, Ustrzyki Dolne i Górne oraz Uherce Mineralne. Trasa rozpoczyna i kończy się w Lesku – tak jak mała pętla – i przebiega przez Bieszczadzki Park Narodowy i trzy parki krajobrazowe. Trasa wielkiej pętli prowadzi przez najwyższe i najpiękniejsze partie Bieszczadów. To także podróż po niezwykłej historii tego regionu, który przez wieki był prawdziwym tyglem kulturowym. Po drodze mijamy opustoszałe tereny po dawnych ukraińskich wsiach, żydowskie kirkuty, miejscowości, których nazwy nie przypominają polskich, czy cerkwie pozamieniane na kościoły katolickie. Po drodze warto zatrzymać się między innymi w tych miejscowościach: 1. Lesko, które jest punktem początkowym dla obu pętli. Znajdziecie tu zamek z XVI wieku, synagogę z XVII wieku, kirkut będący największym cmentarzem żydowskim w Bieszczadach oraz ratusz z XIX wieku. 2. Hoczew. Mieści się tam kościół pw. Św. Anny z 1745 roku oraz pomnik przyrody „Progi skalne na Hoczewce”. 3. Cisna to turystyczne miasteczko z dużą ilością hoteli, pensjonatów i karczm. Do jednej z najbardziej kultowych należy Siekierezada. Nawiązuje ona nazwą i stylem do powieści Edwarda Stachury pod tym samym tytułem. W Siekierezadzie można usiąść przy drewnianych ławach z siekierami wbitymi w stoły, napić się wina lub piwa lanego prosto z „pipy”. 4. Przełęcz Przysłup mieści się na wysokości 651 m Znajduje się tam stacja Bieszczadzkiej Kolei Leśnej, a także punkt widokowy. 5. Wetlina to miejscowość, która jest punktem początkowym dla dwóch szlaków turystycznych żółtego na Przełęcz Orłowicz i Paprotna oraz zielonego na Dział i Małą Rawkę. Zobaczyć można również wodospad Siklawa Ostrowskich. 6. Przełęcz Wyżyna na wysokości 872 m gdzie znajduje się przepiękny punkt widokowy, jak również obelisk poświęcony pamięci Jerzego Harasymowicza. 7. Ustrzyki Górne są doskonałą bazą wypadową do pieszych wycieczek górskich. Biegną stąd szlaki min. na Tarnicę, Bukowe Berdo, Halicz i Rozsypaniec a także Połoninę Caryńską. 8. Smolnik. Tam na wzgórzu znajduje się dawna cerkwia w stylu Bojkowskim pw. Św. Michała Archanioła z 1791 roku, która jest wpisana na Liste Światowego Dziedzictwa UNESCO. 9. Ustrzyki Dolne. Tam można odwiedzić Bieszczadzkie Muzeum Przyrodnicze, murowaną cerkwie greckokatolicką z 1874 roku oraz Muzeum Młynarstwa i Wsi. 10. Olszanica jest jedną z najstarszych wsi w Bieszczadach, znajduje się tam pałac, w którym mieści się teraz hotel oraz pięknie zachowany dworski park. 11. Uherce Mineralne to ostatni przystanek na naszej liście, gdzie możecie zobaczyć przepiękny wodospad. Wycieczka górska Będąc w górach nie można przecież po nich nie pospacerować. Bieszczady mają sporo do zaoferowania. Do wyboru: przełęcz Wyżna (872 m), „Chatka Puchatka” na Połoninie Wetlińskiej – najwyżej położone schronisko w Bieszczadach (1228 m), Osadzki Wierch (1253 m) – drugi co do wysokości i najwyższy dostępny szlakiem turystycznym szczyt w paśmie Połoniny Wetlińskiej, Tarnica (1346 m), Połonina Caryńska (1297 m), Wielka Rawka (1304 m) lub Krzemienic (1221 m) – miejsce styku trzech granic. Nie lada atrakcją będzie też przejazd Bieszczadzką Kolejką Leśną, która kursuje na trasach Majdan – Przysłup – Majdan oraz Majdan – Balnica – Majdan. Kolejką można dojechać do niewielkiej, lecz popularnej wśród turystów wsi Cisna. fot. Dzień 3 Solina Solina słynie przede wszystkim z zapory i dwóch elektrowni wodnych na sztucznych zbiornikach wodnych na rzece San. Na Zalewie Solińskim organizowane są rejsy, które odbywają się codziennie od godziny do W trakcie podróży statkiem można poznać historię Jeziora Solińskiego. Organizujący rejsy Port Solina posiada także wypożyczalnię sprzętu wodnego. Miłośnicy sportów wodnych będą więc zachwyceni! [Dowiedz się więcej>>] fot.
To w branży nazywa się offgrid czyli możliwość produkcji i wykorzystania energii bez dostępu do sieci. Przy odpowiedniej ilości i wydajności paneli oraz dobrze dobranych pojemnościach akumulatorów możesz jechać w Bieszczady czy na działkę w środku lasu nawet samochodem elektrycznym bez obaw o jego zasięg i możliwość
“Kiedyś rzucę to wszystko i wyjadę w Bieszczady hodować owce!”. Znacie to powiedzonko? Na forach dla mam zawsze śmiejemy się, że mamy ochotę faktycznie wszystko rzucić i wyjechać gdzieś, by żyć inaczej, lepiej, spokojniej… Ale to tylko takie nasze gadanie. Pośmiejemy się wspólnie, ponarzekamy, a potem zamykamy laptop albo odkładamy telefon i wracamy do swoich zajęć, codziennych problemów i czasem zbyt szarej rzeczywistości. Nikt niczego nie rzuca, nie mamy odwagi zmieniać całkowicie swojego życia. Tymczasem jest ktoś, kto dokładnie tak zrobił. Pewnego dnia cała rodzina spakowała się i przeniosła do całkiem innego miejsca. Odległego. Spokojnego. Do swojej oazy, w której postanowiła spełniać swoje marzenia. Jakże zazdroszczę im odwagi i pomysłu! Miałam okazję poznać zarówno to miejsce, jak i tych cudownych, pełnych pasji ludzi. W ramach współpracy z marką ALMETTE i akcji “Pomysł na życie, naturalnie.” odwiedziliśmy Lawendową Osadę w miejscowości Przywidz na Kaszubach. To ekologiczne gospodarstwo agroturystyczne otoczone lasem, w którym właściciele uprawiają największe w północnej Polsce pola lawendy. Gospodarze nie stosują żadnych sztucznych nawozów ani pestycydów, uprawiają ją całkowicie ekologicznie. Wykorzystują ją zarówno w żywności, kosmetykach i wielu innych produktach. Na miejscu można skorzystać z przewspaniałej możliwości noclegu w Lawendowych Chatkach. Spójrzcie tylko na nie: Pani Basia i pan Bartek są rodzicami trójki dzieci i doskonale wiedzą jaki rodzaj relaksu potrzebny jest rodzicom. W Osadzie Lawendowej znajdziecie Wioskę Spa, prawdziwą drewnianą Banię Ruską opalaną drewnem z aromaterapią, Zimną Balię, Gorącą Balię i wiele innych. Na miejscu oczywiście zaopatrzyliśmy się w produkty lawendowe: olejki, wodę i wiele innych. Można również skosztować posiłków na bazie lawendy, a także produktów od lokalnych dostawców (dżemy, sery, jaja). Szczerze mówiąc po raz pierwszy poznałam rodzinę, która żyje “tak bardzo eko”. I byłam oczarowana. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i wspólnie z marką Almette oraz znanym polsko-francuskim kucharzem Davidem Gaboriaud zrobiliśmy coś ekstra. To znaczy, Martyna przejęła stery, a ja robiłam w efekcie za tło, ale niczego nie żałuję, bo od tego momentu córka garnie się do kuchni 😀 Skorzystajcie z przepisów Davida, moim zdaniem prawdziwego kulinarnego mistrza, a przy okazji fajnego faceta i ciepłego człowieka: Naleśniki z serkiem Almette jogurtowym i syropem lawendowym Okazja: deser Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 20 min Dla ilu osób: Porcja dla 2 osób Składniki: 1 serek Almette jogurtowy syrop lawendowy lub inny syrop (np. klonowy) masło klarowane do smażenia ciasto: 200 g mąki pszennej szczypta soli 2 jajka 2 łyżki cukru mleko 3,2% Przygotowanie: Do miski wsyp mąkę i sól, zrób wgłębienie i wbij dwa jajka. Dodaj cukier, wymieszaj z jajkami, a następnie z mąką i solą. Mleko wlewaj stopniowo, cały czas mieszając trzepaczką, aż do uzyskania jednolitej, gęstej masy. Odstaw do lodówki na godzinę. Po tym czasie wyjmij i dolej więcej mleka, aż uzyskasz ciasto do naleśników. Na rozgrzanej patelni, na maśle klarowanym usmaż wszystkie naleśniki z obu stron na złoty kolor. Przed podaniem posmaruj naleśniki serkiem Almette jogurtowym, zwiń lub złóż w trójkąt (zależy jak lubisz), a wierzch polej syropem. TIPY OD AUTORA: – ważne, aby wszystkie składniki do ciasta na naleśniki były w temperaturze pokojowej. Ułatwi to proces łączenia się składników. – jeśli się spieszysz, nie musisz zostawiać ciasta w lodówce przez godzinę, wystarczy wszystko wymieszać i smażyć od razu. Ta godzina w lodówce, czy nawet w temperaturze pokojowej powoduje, że gluten zawarty w mące będzie miał czas się rozwijać i naleśniki będą bardziej elastyczne. – jeśli nie możesz jeść jajek lub jesteś na nie uczulony, po prostu zrób ciasto bez nich. Ale w tym przypadku, musisz pozwolić ciastu odpoczął przez minimum godzinę. Dzięki temu stanie się zwarte i bardziej elastyczne. – do ciasta możesz dodać różne składniki, które nadadzą mu smaku, jak np. wanilia, rum, kawa czy inne ulubione smaki. Kotlety z dorsza z dipem na bazie serka Almette jogurtowego, podane z młodymi ziemniakami i koperkiem. Okazja: lunch, obiad Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 30 min Dla ilu osób: Porcja dla 4 osób Składniki: Kotlety: 300 g dorsza (ugotowanego) 1 jajko 1 mała bułka pszenna pół szklanki mleka kilka łyżek bułki tartej 2 łyżki posiekanego koperku sól, pieprz olej do smażenia Dip: 1 serek Almette jogurtowy 1 mała szalotka łyżka kaparów łyżka posiekanego koperku kilka kropli soku z cytryny dodatki: 0,5 kg ugotowanych młodych ziemniaków kilka ogórków świeżych lub małosolnych Przygotowanie: Bułkę pszenną namocz w mleku, a potem dobrze odciśnij jego nadmiar. Posiekaj ją drobno, ugotowanego dorsza również. W misce wymieszaj posiekanego dorsza z posiekaną bułką, jajkiem, koperkiem, bułką tartą, solą i pieprzem. Uformuj kotlety i smaż na oleju z obu stron na rozgrzanej patelni na złoty kolor. Kapary i szalotkę drobno posiekaj i wymieszaj z serkiem Almette jogurtowym. Dodaj posiekanego koperku i pokrop sokiem z cytryny. Wymieszaj i serwuj z kotletami oraz młodymi ziemniakami i ogórkami. TIPY OD AUTORA: – przed zrobieniem kotletów dorsza ugotuj lub podsmaż. Zamiast siekać, ugotowanego dorsza możesz zmielić wraz z namoczoną bułką. – zamiast koperku do kotletów możesz dodać inne ulubione dodatki, zioła czy przyprawy. – do kotletów oprócz dorsza możesz dodać wędzoną, lub inną rybę. Sałatka nicejska z wędzonej sielawy i z serkiem Almette jogurtowym. Okazja: sałata, lunch Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 15 min Dla ilu osób: Porcja dla 2 osób Skrót: Sałatka nicejska z polskim twistem i z serkiem Almette jogurtowym. Składniki: 1 serek Almette jogurtowy 4 pomidory 1 zielona papryka 6 rzodkiewek 2 jajka na twardokilka kawałków wędzonej sielawy łyżka czarnych oliwek świeża bazylia oliwa z oliwek sok z cytryny sól, pieprz Przygotowanie: Pomidory pokrój w ósemki. Zieloną paprykę pokrój na bardzo cienkie plastry. Rzodkiewkę też pokrój w cienkie plasterki. Bazylię porwij na kawałki lub drobno posiekaj. Wymieszaj bazylię z serkiem Almette jogurtowym i posmaruj tym talerze. Na tak przygotowane talerze układaj po kolei: plastry papryki, plasterki rzodkiewki, kawałki pomidorów, kawałki wędzonej sielawy, pokrojone w ćwiartki jajka i czarne oliwki. Wszystko polej oliwą i pokrop cytryną. Dopraw do smaku solą i pieprzem. Serwuj od razu. TIPY OD AUTORA: – jeśli chcesz wzbogacić sałatkę, to możesz dodać ugotowane ziemniaki i/lub fasolkę szparagową oraz bób. – w Nicei, popularna jest również „pan bagnat”, czyli kanapka ze składnikami sałaty nicejskiej. Wypróbuj koniecznie ten przepis! Nasze spotkanie zostało uwiecznione na wspaniałym filmie, zobacz: W dzisiejszym świecie trzeba być bardzo odważnym człowiekiem, by tak jak rodzina państwa Idczak postawić wszystko na swoje marzenia i tak jak David, by osiągnąć mistrzowski poziom w swojej dziedzinie. Upewniłam się też w przekonaniu, że mi również nie brakuje takiej odwagi. Zrezygnowałam z pracy, by móc żyć ze swojej pasji i dzięki temu poznaję takie wspaniałe miejsca i niezwykłych ludzi. Razem z marką Almette, mam również dla Was niespodziankę i fajne produkty do wygrania w konkursie, który znajdziecie na moim Facebooku. Weźmy sprawy w swoje ręce. Żyjmy fajnie, naturalnie. Wpis powstał we współpracy z marką Almette.
A co dopiero, gdy mowa o malutkim Śląsku Cieszyńskim. Nawet rodzimi „czechofile”, wychowani na stołeczno-inteligenckich idealistycznych narracjach Szczygła, przybywają tu tylko na chwilę, by pojechać dalej, do Pragi lub Brna. Gdy czasami zostaną na dłużej, to okazuje się, że w czeskiej dziś części granicznego i niegdyś
A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady… Któż z Was nie miał takich myśli. Powszechnie w Polsce, często używa się tego wyrażenia. Ludzie marzą o tym, by uciec od zgiełku, pędu dnia codziennego, telefonów, Internetu. Gdy o tym myślą, każda wypowiada jedno słowo BIESZCZADY! Co tu, w tym niewielkim skrawku ziemi jest coś takiego wyjątkowego, że każdy kto ma dość życia chce uciec w Bieszczady? Pierwsze „ucieczki” były już w latach 60-70. Był to okres zaludniania Bieszczad. Przybywali tu Ci, którzy mieli na pieńku z prawem, Ci którzy nie chcieli płacić alimentów czy po prostu marzyło im się kowbojskie życie. Bieszczady przez lata stawały się ostoją spokoju, miejsca gdzie czas się zatrzymał. I chyba wielu myśli tak o Bieszczadach do dziś. Miejsce owiewane wieloma legendami, region, który jest arkadią. Tak,tu po prostu żyje się wolniej, ludzie są jacyś milsi, chętnie pomogą – przez wiele lat słyszę te same zdania, osób, które odwiedziły ten region. W wirtualnym świecie też nie brak obrazków, historii związanych z przyjazdem w Bieszczady. Chyba każdy zna słynną historię „prawdziwą”: 12 sierpnia. Przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, Boże jak tu pęknie. Drzewa wokół wyglądają tak majestatycznie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokryją się śniegiem. 14 października Bieszczady są najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wszystkie liście zmieniły kolory – tonacje pomarańczowe i czerwone. Pojechałem na przejażdżkę po okolicy i zobaczyłem kilka jeleni. Jakie wspaniale! Jestem pewien, że to najpiękniejsze zwierzęta na ziemi. Tutaj jest jak w raju. Boże, jak mi się tu podoba. 11 listopada. Wkrótce zaczyna się sezon polowań. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś może chcieć zabić cos tak wspaniałego, jak jeleń. Mam nadzieje, że wreszcie zacznie padać śnieg. 2 grudnia Ostatniej nocy wreszcie spadł śnieg. Obudziłem się i wszystko było przykryte białą kołdrą. Widok jak pocztówki bożonarodzeniowej. Wyszliśmy na zewnątrz, odgarnęliśmy śnieg ze schodów i odśnieżyliśmy drogę dojazdowa. Zrobiliśmy sobie świetna bitwę śnieżną (wygrałem) a potem przyjechał pług śnieżny i znowu musieliśmy odśnieżyć drogę dojazdowa. Kocham Bieszczady. 12 grudnia. Zeszłej nocy znowu spadł śnieg. Pług śnieżny znowu powtórzył dowcip z droga dojazdowa. Po prostu kocham to miejsce. 19 grudnia Kolejny śnieg spadł zeszłej nocy. Ze względu na nieprzejezdna drogę dojazdowa nie dojechałem do pracy. Jestem kompletnie wykończony odśnieżaniem. Pieprzony pług śnieżny. 22 grudnia Zeszłej nocy napadało jeszcze więcej tych białych gówien. Cale dłonie mam w pęcherzach od łopaty. Jestem przekonany, ze pług śnieżny czeka tuż za rogiem, dopóki nie odśnieżę drogi dojazdowej. Skurwysyn! 25 grudnia Wesołych Pi*** Świat! Jeszcze więcej gównianego śniegu. Jak kiedyś wpadnie mi w ręce ten skurwysyn od pługu śnieżnego…przysięgam – zabije. Nie rozumiem, dlaczego nie posypia drogi solą, żeby rozpuściła to cholerstwo. 27 grudnia Znowu to białe gówno napadało w nocy. Przez trzy dni nie wytknąłem nosa, z wyjątkiem odśnieżania drogi dojazdowej za każdym razem, kiedy przejechał pług. Nigdzie nie mogę dojechać. Samochód jest pogrzebany pod górą białego gówna. Meteorolog znowu zapowiadał dwadzieścia piec centymetrów tej nocy. Możecie sobie wyobrazić, ile to oznacza łopat pełnych śniegu? 28 grudnia Meteorolog się mylił! Tym razem napadało osiemdziesiąt piec centymetrów tego białego cholerstwa. Teraz to nie odtają nawet do lata. Pług śnieżny ugrzązł w zaspie a ten łajdak przyszedł pożyczyć ode mnie łopatę! Powiedziałem mu, ze sześć już połamałem kiedy odgarniałem to gówno z mojej drogi dojazdowej, a potem ostatnią rozwaliłem o jego zakuty łeb. 4 stycznia Wreszcie wydostałem się z domu. Pojechałem do sklepu kupić coś do jedzenia i kiedy wracałem, pod samochód wpadł mi cholerny jeleń i całkiem go rozwalił. Narobił szkód na trzy tysiące. Powinni powystrzelać te pieprzone zwierzaki. Ze tez myśliwi nie rozwalili wszystkich w sezonie! 3 maja Zawiozłem samochód do warsztatu w mieście. Nie uwierzycie, jak zardzewiał od tej pieprzonej soli, którą posypują drogi. 18 maja Przeprowadziłem się z powrotem nad morze. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ktoś kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, może mieszkać na jakimś zadupiu w Bieszczadach. Po przeczytaniu już widzę ten skryty uśmiech na twarzy. Morał byłby taki, że na jego miejsce przyjedzie kolejny, poszukujący przygód i myślący o Bieszczadach jako arkadii. zima No, a jak tak naprawdę jest z tymi Bieszczadami? Czy rzeczywiście skradają dusze i ludzie porzucają wszystko, by zamieszkać tam, gdzie diabeł mówi dobranoc? Zawsze zastanawiałam się, co takiego jest w tych Bieszczadach, że kiedy człowiek raz tu przyjedzie to potem już wraca i wraca… To chyba jakaś choroba, która dotyka tych co przyjadą w to miejsce. Tak sobie myślę, że coś w tym jest, bowiem ja urodziłam się w Bieszczadach, wychowałam i Nigdy nie chciałabym stąd wyjechać. Odwiedziłam już kilkadziesiąt krajów na świecie, ale jak to mówią „ wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Jak jest z tym zamieszkaniem w Bieszczadach? Jeszcze jakieś 20 lat temu Bieszczady powoli stawały się popularne. Ludzie coraz chętniej odwiedzali region, który był im nieznany. A kiedy przyjeżdżali tu, po prostu zostawali. Sprzedawali mieszkania, rzucali pracę – tak działało na nich to miejsce. I tak powoli w Bieszczady zaczęli napływać ludzie z różnych zakątków Polski. Przywozili ze sobą nową kulturę, regionalne potrawy, sposób zachowania. Bieszczady zaczęły tworzyć się na nowo, bo w 1947 roku w ramach Akcji Wisła prawie wszyscy mieszkańcy Bieszczad, Beskidu Niskiego musieli opuścić swój kawałek ziemi i wyjechać w nieznane. Dziś trochę ze smutkiem oglądamy już nieistniejące wsi, wiosną obserwujemy kwitnące drzewa owocowe – mamy po prostu świadomość, że kiedyś w tym miejscu stał przecież dom, ktoś tu mieszkał. Dziś tylko łąki i taka pustka. Ale ta „pusta” sprawiła , że południowo- wschodnią część Polski nazwano „Dzikimi Bieszczadami”. Od Akcji Wisła minęło już ponad 50 lat. Kiedy ktoś przyjeżdża w Bieszczady pyta o tradycję, muzykę regionu, kuchnię regionalną.. Niby łatwe rzeczy, ale biorąc pod uwagę, że Bieszczady są bardzo młodym regionem, gdzie większość mieszkańców to ludność napływowa, ciężko mówić o jakiejś tradycji. Dlatego też, powoli wraca się pamięcią do Bojków, którzy tu mieszkali. Przywraca się ich muzykę, potrawy, tworzy się miejsca pamięci. Dzięki czemu, choć okrutna historia dokonała etnobójstwa tej grupy etnicznej, to powoli choć przy pomocy tak niewielkich symboli pamięć wciąż o nich jest żywa. Zdarza się tak, że wiele osób zafascynowanych jest Bieszczadami. Rozczulają się nad widokami, wzdychają nad Bieszczadzką zielenią – jednak dziwią się, jak można tu mieszkać. Przyjechać tak, odpocząć tak, ale zamieszkać – nigdy. Bo przecież tu nie mieszka się łatwo. Nie ma tu kin, restauracji czy teatrów. Brak hipermarketów i wszelkich „udogodnień” bez których nie da się żyć w mieście. No bo przecież jak tu poruszać się po Bieszczadach, skoro autobusy kursują tylko dwa razy dziennie? No na stopa- odpowiedzą często mieszkańcy. A tego „turyści” nie zrozumieją. W Bieszczadach wciąż część osób porusza się autostopem. Bo przecież trzeba sobie jakoś radzić. Tak więc nie każdy chce się odciąć od codzienności i zacząć żyć „po Bieszczadzku”. Czy to wymaga odwagi, by nagle rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? Dzień się budzi Mgły na Połoninach Z mojej perspektywy to nie, ale patrząc na to z drugiej strony to chyba tak. Bo trzeba mieć chyba odwagę, by teraz sprzedać dom, rzucić pracę i wyjechać – zaczynając wszystko od nowa. Aby zamieszkać w Bieszczadach trzeba mieć pomysł na życie. Nie znajdziecie tu fabryk, zakładów pracy i ciężko o pracę na cały rok. Bieszczady to typowy region turystyczny z nakreśleniem na sezonowość. Zaczynamy pracę na majówkę, kończymy końcem października. Zima, to okres wypoczynku, relaksu. Wtedy jest możliwość i czas by wyjechać na wakacje, spotkać się ze znajomymi. W sezonie letnik raczej nikt w Bieszczadach nawet nie myśli o wakacjach. O tym by wyjechać, kiedy wszyscy wyjeżdżają, My mamy na to czas zimą. A co robimy w tych Bieszczadach? Większość osób pracuje w turystyce (jako przewodnicy, prowadzą hotele, restauracje, agroturystykę). Jest to jednak praca typowo sezonowa. Można jeszcze pracować w lasach państwowych, może jako nauczyciele czy w małych sklepikach. Od maja do października Bieszczady żyją. Nagle na ulicach, w górach pojawia się setki osób, które przyjeżdżają relaksować się pośród zieleni. Wtedy my też mamy pracę. Mieszkając tu trzeba więc nauczyć się żyć systemem półrocznym. Pół roku pracy, pół roku wakacji. Tak już widzę w głowach waszych myśl – JADĘ W BIESZCZADY! Pół roku popracuję a potem robię co chce! Pięknie brzmi, ale jak jest naprawdę. Pomyślcie ile trzeba się napracować, aby zarobić przez pół roku, aby utrzymać się cały rok. Już nie brzmi to tak kolorowo. Pracując w turystyce trzeba zapomnieć o wolnych weekendach, majówce. Praca nie trwa 8h, a 24h. Pracuje się cały czas, aż do jesieni. W Bieszczadach też można zostać artystą – cóż nie brzmi pięknie? Wystarczy mieć w sobie trochę talentu: malować, pisać, śpiewać, rzeźbić. Niektórzy nawet twierdzą, że duszę artysty nabywa się w Bieszczadach. Trzeba przyjechać, usiąść pod lipą i czekać… Czekać na natchnienie i wtedy już będziemy wiedzieć, co chcemy robić w życiu i czy otrzymaliśmy artystyczny dar. Ba! Niektórzy nawet twierdzą, że właśnie tak odkryli w sobie ten talent. Choć wszystko to czasem brzmi nierealnie, to jednak panuje przekonanie, że w Bieszczady cywilizacja nie dotarła. Że nie mamy pojęcia o codzienności, problemach i żyjemy sobie po prostu z dnia na dzień – zgodnie z naturą. Rozmowa kwalifikacyjna na kierunek: nauki polityczne. Profesor rozmawia z kandydatką. – Co pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski, realizowanego przez minister Gilowską? Dziewczyna milczy. – No to co pani wie o polityce społecznej rządu Jarosława Kaczyńskiego? Dziewczyna milczy. – A wie pani chociaż, kto to jest Kaczyński? Słyszała pani, że ma brata bliźniaka? Dziewczyna milczy…. – A skąd pani pochodzi? – Z Bieszczad, panie profesorze. Profesor podszedł do okna, wygląda na ulice, chwilę się zastanawia mówi do siebie: – Kurwa może by tak to wszystko pi*** i wyjechać w Bieszczady…? Na pewno coś w tym jest. Choć nie mieszkamy w jaskiniach, mamy prąd i nawet bieżącą wodę. Drogi zimą też są przejezdne, u nas odśnieżają 🙂 Choć są miejsca, gdzie tego nie ma i to jest chyba najpiękniejsze. Wydaje mi się, że nie każdy będzie mieć odwagę tu zamieszkać. Choć niektórzy snują plany o tym jakby było wspaniale zamieszkać w Bieszczadach, gdy przychodzi co do czego, często się wycofują i mówią, może za parę lat, może jak będę na emeryturze… Czasami rzeczywiście po nastu latach wraca i już zostaje, a czasem … zostaje to jako jedno z niespełnionych marzeń. Więc jak „RZUCACIE WSZYSTKO I PRZYJEŹDZACIE W BIESZCZADY”? Myśleliście kiedyś o tym? Połoniny w letniej odsłonie Wschód słońca Jesienne jeziorko Bobrow jesienny las Tarnica
Ula jest przewodniczką beskidzką, prowadzi z mężem - Kubą - biuro podróży oraz Osadę Podróżnika. O tym, jak Bieszczady zmieniają się pod wpływem ruchu turystycznego, ale także napływu nowych mieszkańców, porozmawiamy z Ulą w programie Między Biegunami w sobotę od godziny 15:05. Zapraszają Bartek Piziak i Kuba Niziński.
PODKARPACKIE NA WAKACJE! A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…? 2016-07-28 PODKARPACKIE NA WAKACJE! A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…? W Bieszczady przyjeżdża się ponoć raz, później się tylko wraca… Kto był, ten z pewnością się z tym zgodzi. Bieszczady to miejsce niepowtarzalne, wręcz magiczne, a połoniny mają w sobie coś, co urzeka na zawsze. Co sprawia, że te góry są tak wyjątkowe? Może burzliwa historia, jaka przetoczyła się przez ten region? Może ludzie, którzy tu uciekają przed zgiełkiem wielkiego świata? A może dzika przyroda, która odbiera sobie to, co kiedyś zabrał jej człowiek? Jednym z obowiązkowych punktów, które należy odwiedzić przy okazji pobytu w Bieszczadach, jest Chatka Puchatka, czyli schronisko na Połoninie Wetlińskiej stworzone i prowadzone przez człowieka który, kiedy pierwszy raz przyjechał w Bieszczady to poczuł, że tu jest jego miejsce na Ziemi. Rzucił więc wszystko i osiadł tu na stałe. Łatwo jednak nie było. Co go przywiodło w Bieszczady? Ludwik Pińczuk urodził się w Jugosławii, ma jednak polskie korzenie. Jego dziadek wyemigrował do ówczesnych Ausrto-Węgier, tam na świat przyszedł jego ojciec i on sam. Być może rodzina nadal by tam mieszkała, gdyby nie emisariusze polskiego rządu, których zadaniem było poszukiwanie rodaków poza granicami i nakłanianie ich do powrotu do kraju. W ten sposób Lutek wraz z rodzicami trafił do Bolesławca, ponieważ władzom ludowym najbardziej zależało na zasiedleniu tak zwanych ziem odzyskanych. Tam skończył oskołę górniczą i rozpoczął pracę w kopalni na Górnym Śląsku. Jednym z powodów jej podjęcia była chęć uniknięcia powołania do wojska. Do pracował pod ziemią, a później uczył się w technikum wieczorowym. Wszystko zmieniło się, gdy pewnego dnia przypadkowo otrzymał ulotkę zachęcającą do sezonowego wyjazdu w Bieszczady, do pracy przy zbieraniu jagód. Wziął cały przysługujący mu urlop w kopalni i przyjechał pociągiem do Sanoka, a potem na pace ciężarówki jadącej na pusto po drewno, do Cisnej i dalej do bazy Przedsiębiorstwa „Las” w Dołżycy. W miejscu tym zbierała się młodzież z całej Polski. Za uzbieranie 5 kg dziennie jagód można było otrzymać nocleg pod namiotem i wyżywienie. Lutek okazał się dobrym zbieraczem. Jego codzienny zbiór wynosił 10-15 kg. Po lecie spędzonym na świeżym powietrzu, w słońcu i miłym towarzystwie z ciężkim sercem wrócił na Śląsk. Następnego roku ponownie przyjechał na jagody. Po zebraniu obowiązkowych 5 kg wędrował po okolicy. W 1961 roku przyjechał w Bieszczady już na stałe. Przy zbiorze jagód nadal pracował, ale wykonywał już zadania specjalne takie jak poszukiwanie jagodzisk, zakładanie baz oraz doprowadzanie do nich grup zbieraczy. W tym czasie zbierał nawet 70 kg jagód dziennie. Jesienią po zakończonych zbiorach zamieszkał w ziemiance w Berehah, która kiedyś służyła za schron. Wstawił do niej drzwi, a z metalowej beczki zrobił kominek. Zimę przetrwał głównie dzięki zgromadzonym zapasom. Raz na dwa, trzy tygodnie wyprawiał się do sklepu w Dwerniku, często w śniegu po pas. Trudne początki schroniska Wtedy to na prowizorycznych rakietach śnieżnych własnej roboty, po raz pierwszy zapuścił się na Połoninę Wetlińską i zobaczył pierwszy raz budynek, który po przeniesieniu granic przestał służyć wojsku jako punku obserwacyjny. Latem gospodarowali w nim harcerze, a zimą stał opustoszały. Jak później wspominał, niemal od razu przyszła myśl o osiedleniu się w tym miejscu. Jednak nie było to proste. Zarząd PTTK w Rzeszowie, który formalnie był właścicielem budynku na Wetlińskiej najpierw zaproponował Lutkowi prowadzenie bazy PTTK w Berehah. Organizowano wówczas obozy wędrowne, a między Wetliną, a Ustrzykami Górnymi pozostawała spora luka. Po roku jednak zarząd doszedł do wniosku, że dobrze byłoby jednak wykorzystać budynek na Wetlińskiej. W 1964 roku podpisano umowę na remont i prowadzenie schroniska. Remont okazał się bardzo trudny. Wszystkie materiały trzeba było bowiem wnosić na górę na własnych plecach. Schronisko udało się jednak uruchomić. Oferowało ono dwie skromne sypialnie na piętrze i wodę z sokiem malinowym. Na jakąkolwiek gastronomię nie było warunków ani tez zapotrzebowania. W 1968 roku nastąpiła reorganizacja PTTK w wyniku, której ogłoszono konkurs na gospodarza schroniska. Lutkowi zarzucono, że udzielał schronienia elementowi przewrotnemu i wrogiemu władzy ludowej. Zszedł na dół i przez jakiś czas trudnił się ściąganiem drewna, wypałem węgla, przez jakiś czas prowadził także kemping w Ustrzykach. W tym okresie gospodarze w schronisku na Wetlińskiej zmieniali się, co kilka miesięcy. Warunki bowiem dla wielu okazywały się zbyt trudne. W 1986 roku Lutek powrócił jednak na ukochaną Połoninę Wetlińską i prowadzi schronisko do dziś. Dlaczego Chatka Puchatka? Nazwa Chatka Puchatka chyba wszystkim kojarzy się z bajkowym misiem. Nazwa schroniska ma jednak inną genezę. Jak tłumaczy sam gospodarz schronisko zawdzięcza ją żeglarzowi Leonidowi Telidze, który w jednym ze swoich reportaży napisał, że „czuje się na swojej łajbie zagubionej na bezmiarze oceanu, jak ta samotna Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej”. Nazwa ta przypadła mu do gustu i tak już zostało. Co schronisko oferuje turystom? Warunki, jakie oferuje schronisko są bardzo skromne. Dysponuje bowiem jedynie 20 miejscami noclegowymi w dwóch salach zbiorowych, kilka dań gorących, ciepłe i zimne napoje, słodycze. Aby skorzystać z toalety, trzeba udać się do sławojek na zewnątrz z drugiej stronie grani. Wrzątek jest płatny 1 zł. Choć schronisko na Wetlińskiej uznawane jest za najgorsze w Polsce, to jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby komuś odmówiono tu noclegu. Poza tym jest to jedyne schronisko górskie w Bieszczadach, pozostałe położone są w dolinach, zatem trud jego prowadzenie jest nieporównywalnie większy. Wszystkim, którzy zechcą narzekać na okropne warunki przypominamy, że znajduje się ono 500 metrów w linii prostej od najbliższego źródła, aby do niego dojechać trzeba pokonać jednak trzy razy dłuższą drogę i różnicę wzniesień 200 m. Powstało jako wojskowa baza obserwacyjna, a nie z myślą o turystach. Jego przystosowanie do przyjmowania gości wymagało ogromnego wysiłku i determinacji. Najcenniejsza rzeczą, jaką każdy turysta może raczyć się tu do woli i to zupełnie bezpłatnie są przepiękne widoki, a zwłaszcza wschody i zachody słońca. Zdjęcia źródło:
SnowShow to największy polski festiwal muzyczny odbywający się w Alpach. Sprawdźcie, kto wystąpi na przyszłorocznej edycji.
Ta dość nietypowa historia zaczyna się w Islamskiej Republice Iranu, na północ od Teheranu, w górach Elbrus, a kończy w pokrytych świeżym śniegiem Bieszczadach. Iran to kraj czterech pór roku. Jeszcze wczoraj, blisko granicy z Irakiem, 1000 km stąd, doskwierał mi grubo ponad 30-stopniowy upał. Dzisiaj ubrany w ciepły softshell, lekko trzęsąc się z zimna, jadę autobusem w stronę Morza Kaspijskiego i podziwiam piękne górskie widoki. Mijane lasy porastające zbocza przebierają się już w kolory zaawansowanej jesieni. Ich żółto-czerwone liście, w połączeniu z orzeźwiającym chłodem górskiego powietrza, kojarzą mi się z Polską i niespiesznym wypoczynkiem w jednych z naszych rodzimych pasm górskich. Bez chwili wahania, wiedziony sentymentalną refleksją, podejmuję decyzję, że po moim powrocie do kraju jedziemy w Bieszczady, aby rodzinnie przywitać Nowy Rok. Mając jeszcze w pamięci smak irańskich kebabów, dojadamy świąteczne pierogi, by wyruszyć wczesnym rankiem w stronę Wielkiej Rawki – szczytu na pograniczu polsko-ukraińsko-słowackim wznoszącym się nieco ponad 1300 m Można śmiało powiedzieć, że to już sam koniec Polski. Rankiem nieśmiało poprószył śnieg, przykrywając okolicę delikatną białą warstwą. Parkujemy samochód na przydrożnym parkingu. Ponieważ podróżujemy z naszym 2,5-letnim synkiem, nie planujemy zdobywania samego szczytu. Na cel, weryfikujący nasze wspólne możliwości, wybieramy niedalekie schronisko, które według wskazówek znajomych miało się znajdować kilkanaście minut drogi stąd. Ruszamy! Nasz mały turysta nie daje się przekonać do niesienia w nosidle przystosowanym do górskich wędrówek. Wybiera bardziej tradycyjną formę transportu na moich rękach... Jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, widoki olśniewają. Promienie słońca rozświetlają nasze twarze, lekki mróz szczypie w policzki. Przecinamy pobliską rzeczkę i zaczynamy powoli piąć się ku górze. Cieszymy się wspaniałym uczuciem odosobnienia i osobistego kontaktu z naturą. Dziwi nas tylko, że okolica robi się coraz bardziej dzika – przecież gdzieś nieopodal powinno być schronisko, a zatem namiastka cywilizacji. Zahipnotyzowani krajobrazem i aurą kontynuujemy jednak wędrówkę. Po blisko godzinie decydujemy się na odpoczynek. Nasz mały bohater zdaje się coraz wyraźniej sugerować, że chce już wracać. Nie widząc perspektyw na ciepłą herbatę w schronisku, decydujemy się na odwrót. Droga powrotna mija nieznacznie szybciej niż wędrówka pod górę. Wkrótce docieramy do miejsca rozpoczęcia dzisiejszej przygody. Chwilę później grzejemy się w przydrożnej karczmie, którą mijaliśmy nieopodal w wiosce. Postanawiam zasięgnąć języka w celu rozwikłania zagadki schroniska widmo. Rozwiązanie okazuje się znacznie prostsze i mniej magiczne, niż przypuszczaliśmy. Nasz spacer rozpoczęliśmy po prostu nie w tym miejscu co trzeba. Podejście do schroniska było kilkaset metrów dalej od naszego punktu startu. Co prawda mieliśmy szansę tam trafić, jednak wymagałoby to większej konsekwencji w naszej wspinaczce i pokonania najpierw szczytu samej Wielkiej Rawki. Obiecujemy sobie przyjechać tu następnym razem i dokończyć wędrówkę. Pomysł zyskuje aprobatę również u najmłodszego członka naszej górskiej ekipy. A może rzucimy wszystko i pojedziemy w Bieszczady na dłużej? Kto wie. W końcu takie pomysły mogą powstać gdziekolwiek. Nawet w Iranie... Więcej możesz przeczytać w 11/2016 (14) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”. Zamów w prenumeracie
Konformizm mami swymi obietnicami i trzyma na łańcuchu długim na tyle, żeby można przejść od biurka z komputerem do lodówki w kuchni. Nic dalej, bo i po co. Tymczasem Dolina Issy szepce subtelnie i gra na wspomnieniach. Woła na puszczy tej bezproduktywnej nudy miejskiej i nęci Kresami. Tymi Kresami nie tylko w geografii, ale i w umyśle.
Ludzi online: 4228, w tym 90 zalogowanych użytkowników i 4138 gości. Wszelkie demotywatory w serwisie są generowane przez użytkowników serwisu i jego właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności.
YmwWY. f8qabm1m52.pages.dev/148f8qabm1m52.pages.dev/114f8qabm1m52.pages.dev/388f8qabm1m52.pages.dev/350f8qabm1m52.pages.dev/54f8qabm1m52.pages.dev/269f8qabm1m52.pages.dev/182
a moze by tak rzucic wszystko i pojechac w bieszczady